Przez wydarzenia ostatnich miesięcy, a w zasadzie ostatniego miesiąca, który zdecydowanie najbardziej dał nam się we znaki, czuję, jakby ktoś wyssał ze mnie całą radość. Nie mogę znaleźć motywacji do pisania, do ruszenia się z kanapy, by iść na siłownię. Najchętniej schowałabym się pod kocem i tak egzystowała.

Obiecałam, żę wrócę do regularnego blogowania. Postawiłam sobie na cel pisanie conajmniej dwa razy w tygodniu. Miałam na serio wiele pomysłów na wpisy! Niestety przez nasze niepowodzenie związane z M3, świat jakby uderzył mnie zbyt mocno swoją twardą cegłą. Nagle różowa i świetlana przyszłość, okazała się nudną i szarą rzeczywistością.

Bądź idealna!

Kiedy zasiadam do komputera, włączam blog, już mam przed sobą okienko to pisania postu i co? W głowie mam pustkę! Absolutnie nie wiem co mam pisać. Włączam więc inne strony internetowe, może mnie zainspiruje jakiś temat, to nawet mądry post powstanie. Ale jedyne co widzę, to idealne rodziny, idealne życie wystawione pod ocenę innych, kolekcjonowanie jak największej ilości lajków, a poniżej stu serduszek na insta, to już nie ma po co się męczyć z publikacją, przechwalanie się nowymi gadżetami, zdjęcia z kolejnej wycieczki do ciepłych krajów, słodkie buziaki ze ścianki, publiczne wytykanie sobie błędów, zawiść i zazdrość, wyścig szczurów do popularności i wielkich pieniędzy, które obiecują agencje reklamowe. I zaczęło mnie denerwować to, że należę do takiej blogosfery. Która nie pomaga sobie, a wręcz przeciwnie – podkłada nogi i wytyka błędy palcami. Nie czuję wsparcia w działaniu i odbudowywaniu bloga ze strony koleżanek. Każda poklepuje po plecach, pisze, że będzie dobrze, a nikt nie chce pomóc. Bo przecież jestem kolejną konkurencją. Widzę kupowane wejścia na blog, sztuczne lajki na instagramie, wzajemne grupki adoracji. Zaczynam przestawać rozumieć sens w tym wszystkim. Czy do takiej blogosfery chciałam należeć?!

Postanowiłam nie być idealna.

Pozwalam sobie na to. I robię to z ogromną przyjemnością. Wymuskane życie pełne różu i złota nie jest dla mnie. Wiem dobrze, jak ciężko żyje się za 1000 zł miesięcznie… Wiem, jak żyliśmy za 400 zł na miesiąc. Wiem, co znaczy nie mieć pieniędzy na mleko dla dziecka. Wiem, jak to jest odkładać każdy grosz na swoje marzenia. Wiem, jak to jest ponieść porażkę. Nigdy nie chciałam na blogu i swoich kanałach społecznościowych pokazywać wyidealizowanego świata. Nie robię niczego pod publiczkę. Nie wyolbrzymiam problemów do rangi kataklizmu tylko po to, by skandalicznymi wpisami ponabijać sobie staty na blogu i być zapraszaną w roli „eksperta” do śniadaniowej telewizji. Wolę swoje spokojne i nudne życie. Nie mam zamiaru zadłużać się, by ściemniać Wam, jak to u nas jest różowo i jakie piękne jest życie blogera. Powiedzmy sobie szczerze – życie blogera jest KOSZMARNE! Blogerskie życie to nie życie #NoFilter. Zawsze musi być na czasie. Z telefonem przyklejonym do ręki. Głową opracowującą strategię na rozwój przez większość doby. Z aparatem w kieszeni na każdym wyjściu, bo przecież czytelnicy muszą wiedzieć, że chodzisz do najdroższych knajpek, ubierasz się w markowych butikach, a sieciówkami gardzisz, bo przecież masz swój indywidualny styl i nie możesz pozwolić sobie, by ktoś cię kopiował, mając choćby taką samą koszulkę z Zarki. Nie ma mowy o spontanicznych selfiaczach ze znajomymi – teraz każda fota musi być odpowiednio dopasowana do tematyki i kolorystyki twojego insta. Nie możesz obudzić się bez podkładu i z rozmazanym tuszem na pół policzka – musisz być idealna!

G***o prawda!

Wiecie co? Przestało mnie to już ruszać! Przestało mnie to boleć i kłuć w sercu. Jeśli są osoby, które muszą pokazywać swoje fotki pod palmami, by czuć się coś warte, to proszę bardzo. Ja mogę focić się na tle polskiej codzienności i wcale mi to nie przeszkadza. Kiedy odpalam insta, nie wkurzam się już widząc te wszystkie wymuskane fotki śniadań, perfekcyjnie poukładanych przedmiotów, dobranych kolorystycznie ubrań – wręcz przeciwnie! Motywuje mnie to, by się rozwijać. Wiem, do czego chcę dążyć. Jaki efekt otrzymać.

Nie lubię swojego dupska w rozmiarze 44, ale postanowiłam wziąć się za siebie. Jestem po konsultacjach dietetycznych, czekam na ułożoną dietę i zabieram się za siebie. Co prawda z ogarnięciem czasu na siłownię wciąż walczę, ale wierzę, że jak wejdzie mi w krew codziennie gotowanie i szykowanie sobie jedzenia, to i na ćwiczenia znajdzie się czas. I co najważniejsze – nie robię tego, by pokazać swoje PRZED/PO na insta. Robię to, bo chcę. Bo w obecnym stanie czuję się bardzo źle i sama z siebie chcę coś poprawić.

Wciąż szukam siebie.
Sprawdzam w czym jestem dobra.

Jedno jest pewne – na tym blogu nie ma miejsca na ściemnianie. Jest 100% realizmu.