Kiedy byłam mała, lubiłyśmy z koleżankami siadać na schodach prowadzących do naszego bloku. Była to jedna z naszych ulubionych miejscówek. To właśnie tam odbywały się TE ROZMOWY. Wiecie, o życiu. To tam planowałyśmy naszą przyszłość. I tak, jak nie pamiętam kim chciałam być z zawodu, tak zawsze wiedziałam, że chciałam zostać mamą. Miałam mieć córeczkę! A ślub miałam wziąć mając 23 lata. W sumie, jakby na to nie patrzeć, to choć ten plan został spełniony. Nigdy jednak nie planowałam ciąży mając trzydzieści lat. Kiedyś ten wiek wydawał się wręcz starczym! Nawet, kiedy na świecie pojawili się nasi chłopcy, nie było mowy o kolejnych dzieciach. Aż do teraz… 

Moje największe obawy

Ci, którzy mnie znają wiedzą, że jeszcze jakiś rok temu nie chciałam nawet myśleć o trzecim dziecku. Było nam bardzo dobrze z dwójką już praktycznie odchowanych chłopców. Zaczynaliśmy powoli czuć, że odzyskujemy czas, który trochę straciliśmy, kiedy na świecie pojawił się Tobiasz. Cofanie się do nocnych pobudek, karmienia piersią, do pieluch i wózków, w ogóle nie wchodziło w grę! Zapieraliśmy się oboje rękoma i nogami. Owszem, dostawaliśmy dużo pytań o to, czy nie chcemy jeszcze do kompletu córeczki i siostry dla naszych chłopców, ale kategorycznie zaprzeczaliśmy.
Po pierwsze śmialiśmy się z M., że znając nasze szczęście znów trafimy na chłopca i z upragnionej córeczki nic nie wyjdzie, a po drugie utrzymywaliśmy zdanie, że jesteśmy już za starzy i za leniwi na noworodka. Nie ma się co oszukiwać – z wiekiem stajemy się coraz mniej cierpliwi i coraz bardziej wygodni.
Po drugie, wciąż nie wyobrażam sobie, jak to będzie kilka (kilkanaście!) razy w ciągu jednej nocy wstawać do takiego maluszka. Przeraża mnie wizja ogarniania chłopców do szkoły i noworodka zarazem. Tak, jak oni są bardzo przewidywalni i sami się ubiorą, tak maluszek, jeśli nie będzie miał sucho i nie będzie nakarmiony, to nie wyrazi chęci na poranny spacer. A tu czy się chce, czy nie, wyjść trzeba. Chłopcy jeszcze są za mali na samodzielną wyprawę. W takich momentach żałuję, że w Polsce nie działa coś takiego jak szkolny autobus, który zabierałby dzieci spod domu i odwoził pod drzwi szkoły. 
Nie wspomnę też o tym, że boję się reakcji Tomka na najmłodszego członka naszej rodziny. Tak, jak Tobiasz mniej więcej wie co znaczy pojawienie się noworodka w domu, tak dla młodszego będzie to nowością. Oczywiście wciąż utrzymuje wersję, że będzie dzidzię kochał, będzie się z nią bawił i z nią kąpał, ale chyba jeszcze nie do końca dociera do niego, że od momentu przekroczenia przez malucha progu domu, świat na początku będzie skupiony tylko na nim. Starszaki w tych momentach zawsze ciut odstają. Są samodzielne, więc trochę mniej się o nich martwimy. Tomasz jednak należy do tych dzieci, które są tzw. „przylepami”. On lubi się jeszcze potulić rano do mamusi, lubi jak podmucha się bolący paluszek, taki duży dzidziuś z niego. Póki co na wiele z tych zachowań mu pozwalamy, ale nie wiem jak to będzie od września. Będzie musiał zrozumieć, że bez nas noworodek sam sobie nie poradzi. Nie chcę odstawiać obu chłopców na bok tylko dlatego, że są starsi. Oni też potrzebują mamy. Staram się z nimi rozmawiać ile mogę, ale czasem dyskusja z sześciolatkiem przypomina walenie głową w mur. Mam nadzieję, że jakoś wypracujemy nową rzeczywistość. Póki co, ten temat spędza mi sen z powiek. 

Moja trzecia ciąża i to po trzydziestce!

Jak wspomniałam wyżej, jestem w szoku, że to piszę – że jestem w ciąży! Pomimo tego wielkiego zapierania się, że nie będziemy mieli kolejnych dzieci, nagle z M. zaczęliśmy coraz więcej na ten temat rozmawiać. Zaczynaliśmy rozważać wszystkie ZA i PRZECIW. Pytaliśmy chłopców. Rozmawialiśmy z moją mamą. I nagle obudziła się w nas taka mała iskierka, że jednak chcemy mieć kolejne dziecko. Jedni nazywają to instynktem macierzyńskim, inni jeszcze inaczej, ale nagle ta myśl, że będzie z nami kolejne dziecko była tak silna, że z miesiąca na miesiąc nie było innego tematu u nas w domu. A kiedy co miesiąc przychodziło kolejne rozczarowanie, iskierka zaczynała błyszczeć coraz słabiej. Kiedy w grudniu dowiedzieliśmy się, że ponownie będziemy rodzicami, radość ogarnęła całą rodzinę. W domu panuje OGROMNE szczęście i podekscytowanie. Jak za pierwszym razem! Sądzę, że każdy z nas nie może się już doczekać, kiedy urodzę. A do sierpnia jeszcze daleko. 

Jednak to, co się na pewno zmieniło, to MOJE podejście do tej ciąży. Z Tobiaszem niewiele się przejmowałam – nie miałam jakichkolwiek dolegliwości, więc nic mnie nie martwiło. Dziecko rozwijało się prawidłowo, więc nie myślałam, że cokolwiek z nim może być nie tak. Z Tomkiem, może i wiedziałam ciut więcej o dzieciach, jednak kolejna bezobjawowa ciąża była dla mnie bezstresowa. Spokojnie czekałam tylko na rozwiązanie. Teraz jestem kłębkiem nerwów. Od samego początku denerwowałam się, jak się ma nasze dziecko. W dniu, kiedy zobaczyłam pierwsze plamienie, miałam miliony czarnych myśli w głowie. A ja przecież nie zdążyłam nawet powiedzieć o dziecku mężowi. Przez kilka dni trzymałam to w tajemnicy. Tak na wszelki wypadek… Kiedy lekarz powiedział mi, że zamiast małego zarodka, on na USG widzi dopiero pęcherzyk ciążowy, przeżywałam katusze. Na kolejnej wizycie (w 7 tygodniu) nasze dziecko nie miało jeszcze serca! Musieliśmy czekać kolejny tydzień. Z nerwów coraz częściej odwiedzałam WC i traciłam na wadze. Nawet teraz, kiedy kończymy 13 tydzień i wchodzimy w bezpieczniejszy okres ciąży, wciąż niepokoję się o malucha.

Z wiekiem i dodatkowym doświadczeniem zaczynamy coraz bardziej bać się, że jednak zawsze coś może pójść nie tak. Jesteśmy świadome, że przez cały okres ciąży nie możemy być pewne, że będzie dobrze. Nawet dotrwanie do porodu nie musi oznaczać happy endu. A do tego te miliony wiadomości z Internetu, czy w Wiadomościach. Tyle się tego słyszy… 

Tylko spokojnie!

Staram się tych czarnych wizji mieć jak najmniej. To w końcu moja ostatnia ciąża i mam zamiar cieszyć się nią ile wlezie. Co prawda początki były ciężkie, bo dolegliwości nie dawały i jeszcze nie dają o sobie zapomnieć. Nie chcę spędzać każdego dnia na zamartwianiu, bo sam lekarz nie widzi ku temu powodów. A ja mu ufam! I Wam też polecam znaleźć dobrego ginekologa, który nie dość, że odpowie na każde – nawet najbardziej banalne – pytanie, ale i przyjmie Was, w razie niespodziewanych komplikacji. Musicie ufać mu w 100%!
Wciąż nie mogę uwierzyć, że są kobiety, które pomimo stałej opieki lekarskiej, boją się uwierzyć, że z maluchem jest wszystko dobrze, ale to chyba naturalne, że my – matki – martwimy się na zapas od samego początku. Powiedzcie, że nie zwariowałam i ma tak każda z nas! Jak nie martwimy się o tę małą fasolkę w brzuchu, to o jej narodziny, to potem o dobre wychowanie, o jej rodzeństwo i tak stres towarzyszy całemu macierzyństwu. Czy to kiedyś przechodzi? ;)