Tego, by nasza rodzina się powiększyła, chcieliśmy z M. już dłuższy czas. Niewiele o tym mówiliśmy, bo jak wiadomo, kiedy bardzo się chce, to niewiele z tego wychodzi. Dlatego o naszych planach wiedzieli tylko najbliżsi. Zawsze pytani o to, jak idą starania nad trzecim dzieckiem, z uśmiechem mówiliśmy: „powolutku”. Ale nam do śmiechu nie było.

Ale wszystko od początku…

Dość długo byliśmy przekonani, że nasza rodzina w zestawieniu 2+2 jest całkiem fajna i nic więcej nam do szczęścia nie potrzeba. Bardzo dobrze nam się funkcjonuje. Każdy dzień ma swój rytm, każdy zna swoje obowiązki i z roku na rok, bycie rodzicem stawało się całkiem łatwe. Jednak chyba w większości rodzin przychodzi taka chwila, kiedy pojawiają się pytania: „A co by było, gdybyśmy mieli jeszcze jedno dziecko?” Czasem rozmowy trwały długo, czasem to było tylko, wzruszenie ramion. W końcu poczuliśmy, że chcemy jeszcze raz spróbować. 

Niestety nie szło nam tak łatwo, jakby się wydawało. Z chłopcami efekty przyszły bardzo szybko, jednak teraz walczyliśmy jakby z wiatrakami. Zaczęliśmy już nawet myśleć, że coś jest z nami nie tak. Zdecydowaliśmy się na podstawowe badania krwi. Tu jednak problemów nie było. Odliczaliśmy dni, mieliśmy wszystko dokładnie obliczone, co do dnia. Niestety nadal nie wychodziło. I tak przez pół roku. Co miesiąc łzy, rozpacz i kolejne czekanie. Dla tych, którzy się starają, to tylko niewiele straconych cykli, które są przecież normalne. „Nie od razu Rzym zbudowano”, słyszeliśmy. „Czasem pary potrzebują nawet roku, by się zgrać”, mówili. CO? ROK? Wiedziałam, że nie chcę tyle czekać! Jestem z tych okropnie niecierpliwych osób i rok wydawał mi się wiecznością. W końcu po pół roku odpuściliśmy. Zaczęliśmy podchodzić do tematu kolejnego dziecka ostrożnie. Postanowiliśmy po prostu przyjąć to, co będzie. Bez specjalnego nacisku. Nasze głowy zdecydowanie musiały odpocząć. Odłożyliśmy tematy związane z kolejnym dzieckiem na bok. Wciągnęliśmy się w przygotowania do świąt Bożego Narodzenia. 

I wtedy stał się cud! Test pokazał upragnione dwie kreski. Musiałam zrobić kilka testów, by uwierzyć. Początkowo nawet nikomu nie mówiłam, bo przecież znałam wiele dziewczyn, którym testy pokazywały fałszywie dodatni wynik. Potem niepotrzebnie się cieszyły i nastawiały, a chwilę później ciąży już nie było. Trzymałam swoją tajemnicę w sobie. Ale we Wigilię wiedziała już cała rodzina. 

Niestety musiałam też na chwilę powstrzymać się przed wykrzyczeniem całemu światu tej mega radosnej dla nas nowiny. Pierwsza wizyta u lekarza potwierdziła ciążę, owszem, ale maluch okazał się za mały. Nie mogłam w to uwierzyć! Przecież ja dokładnie wiedziałam, kiedy miałam owulację. Wiedziałam, kiedy mogłam w te ciążę zajść. Nie było mowy o pomyłce. Lekarz kazał mi przyjść za tydzień. To była wieczność! Niby tylko siedem dni, ale dla mnie każdy z tych dni oznaczał myślenie, czy wszystko jest w porządku. Nastawiałam się na najczarniejsze scenariusze. Na szczęście, po tygodniu, na badaniu USG dziecko przybrało tyle, ile powinno, a serduszko biło jak dzwon. To, że maluch jest mniejszy – lekarz tłumaczył jakąś małą obsuwą czasową, która nie powinna za bardzo wpłynąć na dalszy rozwój dziecka. 

Co teraz będzie?

Zobaczymy. Z pewnością nasz spokój zostanie absolutnie zaburzony. Będziemy musieli nauczyć się funkcjonować jako rodzina od nowa. Póki co pojawienie się kolejnego dziecka nadal jest abstrakcją. Przed nami dużo przygotowań, kilka zmian logistycznych w pokoju. Na dzień dzisiejszy walczę z nudnościami, zgagą i wszelkimi innymi problemami, które mają ciężarne w początkowych tygodniach. Z wielką niecierpliwością czekam na kolejny trymestr, kiedy to ponoć wszystko mija i można cieszyć się tym wyjątkowym stanem.