Całe swoje życie mieszkam w bloku. A co za tym idzie, nie mam porównania, jak to jest mieć swój dom, gdzieś na peryferiach miasta, z ogródkiem i wielkim tarasem. Kiedy byłam dzieckiem, wcale mi to nie przeszkadzało. Ale teraz, kiedy w naszych głowach z M. wciąż istnieje dylemat: mieszkanie vs. dom, coraz bardziej zwracamy uwagę na to, czego tak naprawdę potrzebuje nasza rodzina.  I tak, robiąc listę must have, pojawił się punkt: nasze miejsce do relaksu. Co dla nas oznacza wygodne fotele z miękkimi poduszkami, lampiony, które wieczorem dadzą fajny nastrój, stoliczek na kawę. Teoretycznie nic wielkiego, prawda? A wyobrażacie sobie to wszystko zmieścić na 3m²? Może nie mamy super wygodnych leżaków, ale od czego jest cała masa poduszek, prawda? Zobaczcie jak zmienił się nasz mini balkon.

Aktualnie mieszkamy w mieszkaniu, które ma niecałe 50m². Jak może większość z Was wie, oprócz naszej czwórki, mieszka z nami moja mama i pies. Niektórzy nie wyobrażają sobie wspólnego mieszkania z rodzicami, ale my należymy chyba do tego niewielkiego procenta osób, które bardzo lubią być blisko rodziny i nawet całkiem nieźle idzie nam wspólne dogadywanie się. Niestety, kiedy w latach dziewięćdziesiątych powstawały nasze bloki, nikt za bardzo nie myślał o tym, że fajnie byłoby mieć miejsce do odpoczynku poza mieszkaniem. I tak oto nasz kawałek balkonu ma 3 metry długości, co się chwali, ale niestety 97 cm szerokości, to jakaś budowlana kpina i żart.

Balkon w bloku – metamorfoza.

Nie zgrzeszę, jeśli powiem Wam, że bardzo nie lubiliśmy naszego balkonu. Zawsze traktowaliśmy go mocno po macoszemu. Wszelkie zmiany zawsze działy się wewnątrz mieszkania. I tak w przeciągu ponad dwudziestu lat, kiedy tu mieszkamy, zmienialiśmy miliony razy kolor ścian, od paprykowej czerwieni w salonie, przez zielone pasy w naszym pokoju, ceglaną tapetę, po czyściutką, wszędobylską skandynawską biel. Przeżyliśmy (jakieś trzy) remonty w kuchni, najróżniejsze zmiany w pokojach, malowaliśmy z M. stare kafelki w łazience, robiąc jej delikatny lifting, ale o balkonie zawsze zapominaliśmy. Było to dla nas miejsce, gdzie trzymaliśmy rowery, stary kociołek, który używaliśmy średnio dwa razy do roku, więc koniecznie musieliśmy mieć go pod ręką, nie zabrakło tam też kilku worków z ziemią, do przesadzania kwiatów, plastikowych doniczek i Bóg jeden wie, czego jeszcze. Nie zapominajmy o słynnych sznurkach na pranie, które zajmowały ponad połowę szerokości balkonu, co z tych 97 cm szerokości daje jakieś 40 cm wolnej przestrzeni. W końcu powiedzieliśmy DOŚĆ! Usiedliśmy, pogadaliśmy i już po chwili mieliśmy gotowy plan działania i wiedzieliśmy czego potrzebujemy, by przywrócić balkonowi odrobinę świeżości.

Co musieliśmy poprawić:

  1. kolor ścian

  2. podłogę

To były nasze główne wytyczne. Nie chcieliśmy póki co inwestować w jakiekolwiek siedziska, bo po pierwsze mieliśmy ograniczony budżet. A po drugie, mieszkamy na dziesiątym piętrze i trochę boimy się, że naszym chłopcom przyjdzie do głowy wchodzić na fotele i podziwiać widoki. Dla bezpieczeństwa zrezygnowaliśmy z nich świadomie. Na szczęście w sklepach z meblami bardzo dużo jest poduszek, więc póki co, to one pełnią rolę krzeseł.

Jaka podłoga na balkon?

No właśnie! Ofert i propozycji jest bardzo dużo. Do wyboru mamy płytki, podłogę drewnianą, czy choćby sztuczną trawę. My od samego początku wiedzieliśmy, że u nas będzie to drewno. W naszym mieszkaniu chodzimy głównie boso, a wychodzenie na chłodne płytki zdecydowanie nie należy do przyjemnych. Nie jesteśmy też zwolennikami sztucznej trawy, choćby ze względu na naszego psa i wszędobylską sierść. Wiemy dobrze, że nie minie rok, a trawa musiałaby być wymieniona, bo zamiast zielonych strąków, mielibyśmy dywan z naszego psa. Od dawna na oku mieliśmy drewnianą podłogę, którą oferuje Ikea. Widziałam ją na wielu zdjęciach i wiele osób było z niej zadowolonych. Przedyskutowaliśmy wszelkie za i przeciw, podliczyliśmy koszty i po przeglądzie kilku konkurencyjnych firm, wróciliśmy do planu A.

Jak to wszystko wygląda od strony technicznej?

Jedna płytka składa się z czterech mniejszych kwadracików. Pod całą płytką przymocowane są specjalne plastikowe zaczepy, dzięki którym mocujemy do siebie płytki. A co za tym idzie, nie potrzebujemy żadnego kleju czy śrub, by nasza podłoga trzymała się powierzchni. Przyczepianie do siebie płytek jest dziecinnie łatwe! Wystarczy do strony z otworami przyłożyć stronę płytki z bolcami i KLIK mamy gotowe połączenie. Dziecinnie łatwe! To jest ta lepsza i przyjemniejsza część układania tej podłogi. Niestety jak powszechnie wiadomo, niewiele jest balkonów, które mają proste formy i wymiary idealnie wpasowujące się w szerokość takiej płytki. Co więc zrobić? A nic innego, jak odciąć nadmiar płytek. I wcale nie potrzebujecie do tego skomplikowanych narzędzi stolarskich. Wystarczą ostre nożyczki czy nożyk do tapet. Płytki są połączone pod spodem tylko plastikowymi złączami, więc wystarczy wyciąć te płytki, które nam są zbędne. Ale to jeszcze jest łatwe. Gorzej, jeśli tak jak u nas, nadal płytki wychodzą za szerokie. Wtedy zdecydowanie sięgasz po większe działo – po piłę do drewna. Nie pozostaje nic innego, jak odmierzyć nadmiar płytki i ją dociąć. Bardzo chcieliśmy z M. zrobić wszystko tak, by było idealnie, więc odmierzyliśmy płytki, spakowaliśmy do torby i ruszyliśmy do marketu budowlanego, by tam dzielny pan z piłą mechaniczną pomógł nam w tym zadaniu. Niestety nie wykazał za dużych chęci pomocy, ze względu na te nieszczęsne plastiki pod płytką. Bał się, że przez nie może mu coś odskoczyć i wszystko popsuje. Kupiliśmy więc piły i zabraliśmy się za to samodzielnie.

Ostrzegam! Samo cięcie drewna jest proste, bo płytka jest miękka, trochę siły będzie potrzebne do cięcia plastikowych złączeń. To, na co jeszcze musicie zwrócić uwagę, to złączenia płytek. Pamiętajcie, że żeby je dopasować złączami. Dobrze jest kupić odrobinę więcej płytek, żeby w razie czego, mieć czym zastąpić te, które się nam uszkodziły. Podłoga sprzedawana jest na paczki. W jednej takiej paczuszce, znajdziecie 9 drewnianych kwadratów. Koszt jednej paczki, to 79,99 zł. Nie zapomnijcie o płynie zabezpieczającym do drewna. Na szczęście Ikea myśli za nas i stoisko z bejcą mamy przeważnie tuż obok tego z płytkami. Koszt puszki bejcy, to ok. 30 zł. Jest na tyle wydajna, że ze spokojem wystarczy na kilka użyć.

Po co bejcować? Po prostu – by zabezpieczyć nasze drewno. Do tego potrzebujecie tylko pędzla i 24h, by wszystko wyschło. Nie wystraszcie się, kiedy malując nagle zobaczycie swoje piękne płytki pokryte białą mazią – szybko wsiąknie i wszystko będzie wyglądało jak wcześniej. Po tym czasie możecie cieszyć się swoją śliczną podłogą.

Moje miejsce do relaksu

Od momentu, kiedy ściany w końcu przybrały PRAWDZIWY biały odcień (malując balkon pamiętajcie, żeby wybrać farbę fasadową, a nie wewnętrzną!), a podłoga ma ciepły drewniany odcień, odechciało nam się robić z tego miejsca graciarnię. Nagle znalazł się sposób na schowanie wszystkiego do piwnicy. I tak oto zyskałam miejsce, które koniecznie musiało stać się moją małą oazą. Od zawsze marzyłam o piciu ciepłej kawki na świeżym powietrzu. A jak postanowiłam, tak zrobiłam. Na szczęście należę do tych osób, które w sklepach z dodatkami wnętrzarskimi czują się jak ryba w wodzie. Wszędzie potrafię znaleźć jakąś perełkę, którą prędzej, czy później gdzieś wykorzystam. Zawsze mówię M., że to już na poczet naszego mieszkania to wszystko kumuluję, co by potem nie trzeba wydawać majątku na dodatki ;)

W tym sezonie spodobało mi się połączenie zieleni z czernią i naturalnymi dodatkami. I zdecydowałam się, że to właśnie w tych kolorach ozdobimy nasz balkon. W kącie postawiłam monsterę, która ślicznie rośnie, dorzuciłam lampion i świeczki, które czekają na ładne podstawki, dodałam lawendę i kilka poduszek i tak oto powstał idealny kącik relaksacyjny. Kiedy tak dziś siedziałam rano i patrzyłam na swoje dzieło, które jest dopiero początkiem większych zmian, czułam, jak energia do zrobienia czegoś innego sama we mnie wzbiera. Postanowiłam poznać tajniki tak bardzo uwielbianej przez ludzi jogi.
Nigdy nie rajcowało mnie oddychanie i wyginanie się na macie, ale dziś czułam, że tego potrzebuję. I okazało się, że to nie jest takie złe! Być może to sprawka pierwszego zestawu, który był przeznaczony dla osób początkujących, a więc nie był za skomplikowany, ale przecież od czegoś trzeba zacząć, prawda? Nie od razu Rzym zbudowano, więc i ja w kwestii jogi postanowiłam sobie dać czas na rozwój. Póki co uczę się oddychać w rytm tego, co mówi prowadząca. Nie jest to takie łatwe jak myślałam. Nie sądziłam również, że samo leżenie i skupienie się na rozluźnieniu całego ciała przyniesie taką ulgę i będzie takie przyjemne i potrzebne. Rano, kiedy mam na balkonie przyjemny cień, a lekki wiaterek powiewa i ochładza, to fajna odmiana od siedzenia w kuchni z kawą i scrollowania social mediów. To jeszcze fajniej spędzony czas sama ze sobą. Nie dość, że zrobiłam coś innego, co mi się spodobało, i spowodowało ruszenie tyłka z kanapy, to jeszcze zaliczam zrobienie czegoś tylko dla mnie.

Mam nadzieję, że te wszystkie zmiany, jakie zachodzą wokół mnie ostatnio, nastroją mnie pozytywnie i nie będą tymi chwilowymi. Lubię być aktywna, lubię być zajęta i mieć co robić. Od kilku miesięcy zbieram się na siłownię, ale fala upałów, jaka obecnie panuje skutecznie odsuwa moje wyjście z domu w czasie. Od zawsze mówię, że jestem wielką przeciwniczką takich upałów i staram się omijać je wielkim łukiem. Kiedy nie muszę, nie opuszczam mieszkania. W planach mamy w związku z tym z M. zakup domowej klimatyzacji. Ale nie takiej wielkiej, co to jedna wielka skrzynia jest montowana na zewnątrz, a druga w mieszkaniu, ale takiego stojącego urządzenia, na wkłady chłodzące. Mamy takiego pecha, że nasze mieszkanie jest usytuowane od zachodu, a co za tym idzie, od godziny 13:00 jest tu potwornie gorąco. Możemy ochładzać się prysznicami, czy ograniczać ilość noszonych ubrań, ale to niewiele daje. Samo siedzenie na fotelu powoduje pocenie. Póki co rozglądamy się intensywnie i czytamy wszelkie recenzje. Jeśli na coś się zdecydujemy, to na pewno się o tym dowiecie, bo temat wciąż jest otwarty.

A jeśli chodzi o balkon i jego kolejne metamorfozy, to możecie być pewni, że nie osiadłam na laurach. Na pewno jeszcze wiele dodatków tu zawita. Ale po co robić wszystko od razu, skoro przyjemność można sobie dozować, prawda?