Mój ostatni miesiąc był jak wewnętrzne oczyszczenie. Środowiska wokół mnie i przede wszystkim swojej głowy. Przestałam czuć nienawiść do całego świata z powodu utraty mieszkania. Zaakceptowałam to i postanowiłam, że złość nie będzie mi przeszkadzać w życiu. Nie miałam ochoty chodzić wiecznie naburmuszona i smutna. Psułam atmosferę samą swoją obecnością, bo wielkie czarne chmury ciągnęły się za mną, gdzie tylko się nie ruszyłam, a uśmiech, który przyklejałam do buzi był tylko pozorny. Dacie wiarę, że teraz czuję się jak nowonarodzona? Wystarczył miesiąc! Pamiętacie moje postanowienie poprawy samopoczucia? Chyba mogę powiedzieć, że się udało! Chociaż…

Nie myślałam, że można czuć się tak źle w swoim życiu. Wiecie co mam na myśli? Czułam się przytłoczona absolutnie każdym aspektem swojego życia. Nie mówię tylko o tym nieszczęsnym mieszkaniu i wszelkich porażkach, jakie ponieśliśmy na froncie walki o nie, ale WSZYSTKO zaczęło mi ciążyć. Bardziej cieszyło mnie siedzenie z tyłkiem na kanapie, pod kocem, niż bycie ze znajomymi czy rodziną. Całe życie toczyło się jakby obok mnie. I pewnego dnia zdecydowałam, że tak być nie może! Publikacja tego wpisu („Bądź idealna mówi Internet!„) nie była łatwą decyzją. Pisałam go w takim gniewie, że obecnie czytając go wstydzę się każdego słowa. Ale postanowiłam, że nigdy go nie skasuję. Będzie tym kluczowym wpisem, który przypomni mi, jak źle ze mną było.

A co z tymi postanowieniami?

Cieszę się, że je zrobiłam („Chcę poprawić samopoczucie – mój plan na najbliższy miesiąc.”). Dzięki nim zdałam sobie sprawę, jak wiele w sobie i dokoła siebie zaniedbałam przez ostatni czas. A dziś usiadłam i zrobiłam rachunek sumienia, jak to z tą ich realizacją było tak naprawdę.

Po pierwsze WITAMINY. Tu mogę śmiało powiedzieć, że odniosłam sukces, bo od razu po zapisaniu sobie tego celu, kupiłam zestaw witamin. Podstawiłam na ogólne witaminy plus dodatkowo uzupełniałam brak magnezu. Obecnie jeszcze dorzuciłam dodatkowo cynk i wapń i B6. Czy czuję różnicę po miesiącu stosowania? Niewielką.  Wydaje mi się, że moje włosy odzyskały trochę sił – nagle urosły jakoś… Problem z paznokciami (strasznie miękkie i łamliwe) mam nadal. Jednak zrzucam to bardziej na specyfikę swojej pracy, niż jakiś wielki niedobór witamin, choć oczywiście fajnie byłoby móc je wzmocnić również od środka.

Po drugie ĆWICZENIA. No tu się za bardzo nie popiszę mówiąc, że z planu wyszły nici. Miałam pójść na siłownię, ale niestety nie znalazłam na to wystarczającej ilości czasu. Lub sama sobie wmawiałam, że jestem aż taka zajęta. Jednak od kilku dni ćwiczę spokojnie w domu. Nie są to wielkie ćwiczenia z Ewą Chodakowską, bo te przy mojej zaniedbanej kondycji chyba by mnie zabiły, ale Kyla też daje radę. Nie spinam się, nie morduję, ale pot się leje, a to dla mnie najważniejsze. I zaczyna mi się podobać to uczucie, kiedy skończę trening, którego tak unikałam.

Po trzecie WODA. Początkowo bardzo wkurzałam się sama na siebie za to postanowienie. Czułam się przymuszona do picia. Sama siebie zmuszałam, by ją pić, co jak łatwo się domyślacie, dało efekt odwrotny. A na dodatek denerwowałam się na reakcję mojego organizmu na tak dużą ilość przyswojonej nagle wody. Moje ciało nagle nabrało masy. Czułam się spuchnięta i ledwo dopinałam spodnie. I nie miało to nic wspólnego z cyklem miesiączkowym. Lekko zmniejszyłam dawkę wody, ale nadal popijam ją regularnie. Mam w domu świetną butelkę o pojemności ok. 1 litra i moim zadaniem jest wypicie conajmniej dwóch takich butli na dzień. Mnie to satysfakcjonuje.

Po czwarte MNIEJ KAWY. No heloł, czy tak się da? Chyba za bardzo poniosła mnie fantazja, kiedy spisywałam swoje postanowienia. Zdecydowanie kawa, to mój ulubiony napój i nie mam zamiaru z niej rezygnować. Może chociaż w pracy ograniczę się do dwóch ;)

Po piąte i ostatnie REGULARNE POSIŁKI. E-e, niewykonalne! Koniec kropka. Przy moim trybie pracy i życia, musiałby mi ktoś przywozić chyba zapas gotowego jedzenia, by to mogło jakoś funkcjonować.

Czy postanawiam się poprawić? Nie wiem. Nie chcę znów podnosić sobie poprzeczki do poziomu, który spowoduje, że będzie mi się fajnie żyło tylko przez tydzień, a potem będę czuła się, jakby przejechał mnie walec. Metoda małych kroczków, to zdecydowanie lepsze rozwiązanie. W końcu nie od razu Rzym zbudowano, więc gdzie tu się spieszyć. Zaopatrzyłam się w wiele książek o pracy nad sobą, nad postanowieniami, o rozwijaniu siebie.
Mam nadzieję, że za jakiś czas uda mi się napisać, że te górnolotne hasła: „Możesz wszystko!”,
to nie tylko brednie dla głupców.