Kiedy byłam dzieckiem, z koleżankami siadywałyśmy w nudne, wakacyjne dni na schodach prowadzących do naszego bloku – każdy wie, że to najlepsza miejscówka do życiowych rozkmin – i snułyśmy dalekosiężne plany, jak ma wyglądać nasze dorosłe życie. Niejedna z nas była lekarzem, prawnikiem czy nauczycielką. Inna zarabiała duże pieniądze, była gwiazdą filmową czy nagrywała płyty. Kim ja chciałam być, nie pamiętam. Jedyne co wiedziałam, to to, że chciałam zostać mamą mając dwadzieścia pięć lat. Oczami wyobraźni widziałam siebie, męża i dwójkę idealnie grzecznych dzieci (planowałam parkę, bo jakżeby inaczej). Jak to się ma do rzeczywistości? No właśnie…

W momencie pisania tego postu siedzę… w łazience, wiadomo na czym. Nie, nie załatwiam swoich potrzeb fizjologicznych! Łazienka służy mi obecnie jako bunkier, miejsce, gdzie dzieciaki mnie nie dorwą. A przynajmniej nie przez najbliższe siedem minut. Mogę ze spokojem zamknąć drzwi, zebrać w całość pomysł na ten post i cieszyć się ciszą. Nie jestem jednak pewna, czy nie przeceniłam za bardzo moich dzieci i czy za moment któreś z nich nie wyrazi chęci pilnego przebywania w moim towarzystwie. O, mówiłam! „Mamo, ja mam kredki do rysowania. One są w takim małym pudełeczku.” Chcąc, nie chcąc, musiałam poświęcić chwilę na podziwianie (po raz kolejny!) tych sześciu niezwykle pięknych, małych kredek wraz z Tomaszem. Na szczęście poszedł już rysować. A ja, dalej klikam w klawiaturę, by móc chociaż dojść do sedna tego wpisu.

(Pardon, kredek było pięć. Tomasz nie omieszkał mi przyjść i tego oznajmić.)

Jak z obrazka…

No więc ja naiwna wyobrażałam sobie, że moja rodzina będzie niczym z sielankowego obrazka. Wiecie, taka, co to co niedzielę chodzi na długie spacery za rączkę, robi wystawne pikniki na kocu w czerwono-białą kratkę, popija zimną lemoniadę z dużymi kawałkami cytryny w środku, puszcza latawiec i skacze przez wysokie zboże. Widziałam, jak w małym, różowym pokoiku popijam z córeczką herbatkę z małej zastawy porcelanowej w ręcznie malowane kwiatuszki, jak ubieramy pluszaki w sukienki i czytamy wieczorem bajki na dobranoc. Mój mąż miał z synem konstruować wielkie budowle z klocków (drewnianych!), jak w chłopięcym pokoju pełno jest torów kolejowych, parkingów z samochodami i rysunków robotów, przyczepionych na ścianach. Jak po buziaku moje dzieci grzecznie kładą się spać, a ja z mężem mam chwilę tylko dla nas.

Po chwili jednak patrzę na takie zdjęcie i czar marzeń pryska. Podsumowuję szybko moje plany a rzeczywistość życia rodzinnego i co mam? Dwa płci męskiej potworki, które zgodne są tylko i wyłącznie kiedy śpią, choć i wtedy, gdy obojgu przypomni się, że najlepiej śpi się u rodziców w łóżku, kłócą się o miejscówkę. Mam bałagan praktycznie wszędzie, niewiele wspólnych niedzielnych spacerów (bo zawsze któremuś nie chce się iść) i zero herbatek z lalkami. Dostałam wielbicieli gier typu Minecraft, konstruktorów robotów z LEGO i rozbójników. Nie ma chwili, kiedy się nie biją, szczypią, drapią, kopią czy wyzywają od głupich.

Obecnie, kiedy chłopcy się wyzywają nazywają się o PIPKÓW. W ich mniemaniu to najbardziej obraźliwe słowo świata.
Foch na całego. 

Ale wiecie co? Pomimo tych chwil, kiedy mam ochotę jednego i drugiego wystawić w największy mróz na balkon i czekać, aż zamienią się na jakiś czas w sopel lodu, to i tak nie zamieniłabym ich na żadne inne dziecko. To ta dwójka potworków wprowadza do domu ten rodzinny klimat. Oni przywołują uśmiechy na naszych twarzach, o nich najbardziej się martwimy i dla nich robimy wiele. To z myślą o nich zaczęliśmy szukać większego mieszkania i tak bardzo się tym zaaferowaliśmy, że być może już za kilka tygodni będziemy mieli ostateczną decyzję co z naszym M3. Niesamowite, jak wiele, choć nieświadomie, dali nam nasi synowie.

Zaraz, zaraz, jakie małżeństwo?! Nie ma mowy o żadnym ślubie!

Pamiętam dzień, kiedy mając niespełna dwadzieścia jeden lat, zobaczyłam na teście dwie kreski oznaczające ciążę. Nie wiedziałam, co mam zrobić. Nie miałam przecież skończonych studiów. Nawet super pracy nie miałam. Mieszkałam wciąż z mamą w malutkim pokoju. Gdzie tam jeszcze miałam wcisnąć łóżeczko dla dziecka? A mój chłopak? Przecież ja miałam małą kanapę do spania, która nie nadawała się na łóżko małżeńskie. Zaraz, zaraz, jakie małżeństwo?! Przecież znamy się zaledwie pół roku. Parą byliśmy chyba cztery miesiące. Nie ma mowy o żadnym ślubie! A może jednak wypada? Ale w sumie po co? Tyle jest teraz nieformalizowanych związków, moda jakaś, czy co? Takie i wiele innych myśli przebiegały mi po głowie w ciągu całej mojej ciąży. Z M. oszczędzaliśmy każdy zarobiony przez nas grosz, by móc małemu Tobiaszowi zapewnić to, co najlepsze. Luksusem były wtedy nowe ubranka z sieciówek, grające zabawki czy nieużywany wózek. Często żyliśmy za 600 zł przez cały miesiąc, kupując sumiennie wyprawkę. Niespełna dwa lata później kolejna ciąża! Wiedzieliśmy, że chcemy kolejne dziecko, głośno o tym mówiliśmy wszystkim, ale nie spodziewaliśmy się, że Tomasz pojawi się wśród nas tak szybko. Starania miały nam zająć jeszcze dobrych kilka miesięcy. Znów zmuszeni byliśmy wspiąć się na kolejny poziom dorosłości.

W Rodzinie siła!

Dziś z dumą mogę powiedzieć, że do wszystkiego doszliśmy z M. sami. Od początkujących młodych rodziców, którzy uczyli się na własnych błędach, po świadomych dorosłych ludzi, którzy doskonale wiedzą na co ich stać i do czego chcą dojść w życiu. Tak bardzo się zmieniliśmy i dojrzeliśmy. I to wszystko dzięki naszym dzieciom. One stały się naszym motywatorem. Dla nich chcieliśmy każdego dnia czegoś lepszego. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że w rodzinie siła. I może nie jest to idealna rodzina, jak z młodzieńczych snów, nie mamy wielkiej willi z basenem i limuzyny gotowej do drogi na każde skinienie palca, ale mamy to bezcennie poczucie, że w naszym domu, wszystko jest możliwe. Może nie od razu, może na niektóre rzeczy trzeba poczekać, do niektórych dojrzeć, ale wiemy, że prędzej czy później, osiągniemy wyżyny.