Ja wiem, że to może brzmieć bardzo górnolotnie, że nagle po porodzie rodzinnym mój mąż staje się bohaterem i wynoszę go pod niebiosa. Jednak śmiem twierdzić, że mam bardzo duży powód, by tak o nim właśnie mówić. Mój mąż wspierał i wspiera mnie we wszystkim i zawsze służy mi pomocną dłonią, ale od chwili, kiedy trzeci poród dobiegł końca, mówiłam głośno, że gdyby nie mój M., to ja bym tej naszej Tosi nie urodziła. 

Ale od początku…

Jeśli oglądaliście nasze Instastories na Instagramie, to wiecie dobrze, że nasza dziewczynka nie bardzo chciała wyjść na świat w terminie. Jak to niecierpliwa kobieta w ciąży, oczywiście próbowałam tych najbardziej popularnych metod wywołania porodu – od mycia okien, szorowania podłóg, czy prania firan. Nie działały nawet takie metody niekonwencjonalne, jak zjedzenie słynnego „ciasta rozpakowywacza”. Tośka chciała siedzieć w brzuchu i koniec. Lekarz zdecydował więc, że przyjmie nas na oddział tydzień po wyznaczonym terminie porodu. Tak się stało. Rano we czwartek byliśmy już na oddziale patologii ciąży, gdzie kontrolowano stan zdrowia zarówno mój, jak i małej T. W dniu przyjęcia do szpitala nic nie wskazywało na to, że za 48h urodzę.

Historia naszego porodu

Przedsmak tego, co mnie czeka miałam już wieczorem tego samego dnia, kiedy ni stąd, ni z owąd dostałam skurczy! I to od razu co siedem minut. Miałam szczerą nadzieję, że to TE SKURCZE i będę zaraz rodzić. Niestety wszystko się wyciszyło aż do piątku. Tego dnia powiedziałam sobie, że choćby się waliło i paliło, to rozkręcę te skurcze. Z pomocą przyszła mi wielka dmuchana piłka, na której skakałam pół dnia, do tego kilka dodatkowych kilometrów zrobionych na korytarzu i od godziny 15, miałam wrażenie, że całkiem dobrze mi idzie to przywoływanie naszej córeczki na świat. Bóle były coraz mocniejsze. Odesłałam z wizyty mojego męża do domu żartując, że to jeszcze nie dziś i na pewno nic z tego więcej nie będzie. Skurcze jednak nie puszczały, były nawet coraz silniejsze. Nie musiałam ich jakoś specjalnie prowokować, bo stawały się coraz regularniejsze. Z częstotliwością nawet co 5 minut. O 22 wołałam już położną ze skurczami co 2-3 minut. Szybkie badanie przez lekarza (6 cm rozwarcia!!!) i decyzja – jedziemy na porodówkę. Ledwo wykręciłam numer do M., wręcz błagając by przyjeżdżał. Głos trząsł mi się jak galareta – pamiętam, że powiedziałam: „Joguś przyjedź! Mam 6 cm. Jadę na porodówkę.” I się rozłączyłam.

No, ale żeby nie było tak kolorowo…

Przyjeżdżając na porodówkę, konieczne jest ponowne zbadanie przez położną, która ma poprowadzić poród. Doskonale to rozumiałam, jednak mając tak częste skurcze modliłam się, żeby zrobiła to szybko i by bolało jak najmniej. Czułam, że pomiędzy skurczami nie mam kiedy odpocząć. Trwały tak długo (cały piątek), że byłam nimi strasznie zmęczona. Kiedy położna mnie zbadała, okazało się, że wcale nie mam 6 cm rozwarcia, tylko 3! Byłam załamana. Chciało mi się płakać. Jechałam z nadzieją, że więcej niż połowę porodu mam za sobą, a nie byliśmy nawet na półmetku. Automatycznie opadłam z sił. Dobił mnie fakt, że musiałam leżeć pod KTG kolejną godzinę. Tętno małej było cały czas podwyższone i położna musiała mieć nad nią absolutną kontrolę. Podłączenie pod zapis KTG oznaczał, że nici z aktywnego porodu, o którym marzyłam. Oczami wyobraźni widziałam poród z Tobiaszem, gdzie zmuszono mnie do leżenia przez ponad 8 godzin, bez możliwości chodzenia, czy korzystania z jakiegokolwiek sprzętu. Wszystkie te czynniki spowodowały, że praktycznie się poddałam. Całe ciało zaczęło mi się niesamowicie trząść. Do tego bardzo bolesne skurcze, leżenie na fotelu w niewygodnej pozycji… Ale tu właśnie wkroczył M. We wręcz idealnym momencie. Od razu dobiegł do mojego fotela i zaczął przypominać mi o oddychaniu. Skupiałam się tylko na jego głosie. Rady położnej jakby stały się małoważne. Tylko jego spokojny głos i „Martula, oddychaj!” jakoś łagodziło ból. I tak, po dwóch i pół godzinie, tuliliśmy naszą małą dziewczynkę.

Facet przy porodzie? Moim zdaniem – obowiązkowo!

Miałam to szczęście, że M. był przy narodzinach całej naszej trójki. Był poród łatwiejszy i był wymagający i szybki. Każdy był inny i wymagał zarówno ode mnie, jak i od mojego męża innego podejścia i dostosowania się do sytuacji. Tak, jak przy porodzie z Tomkiem miałam bardzo dużą swobodę ruchu, ja mówiłam czego potrzebuję, tak teraz inicjatywę przejął M. Jakby wiedział, czego dokładnie mi potrzeba w danej chwili. Nawet wyczuł kiedy mi się chciało pić. Przy poprzednich dwóch porodach rozmawialiśmy ze sobą i cierpliwie czekaliśmy na finał, tak teraz, z racji szybkiego tempa postępów, zamieniliśmy ze sobą tylko kilka słów. Większość czasu miałam oczy zamknięte – tak łatwiej było mi się skupić na oddychaniu, do tego milczałam. Ale wiedziałam, że nie muszę nic mówić. Tym razem M. wyczuwał intuicyjnie absolutnie wszystko. Był moją ostoją i pomocą we wszystkim.
Dlatego uważam, że facet powinien być przy narodzinach swojego dziecka. A przynajmniej w tej pierwszej fazie porodu. To trzymanie za rękę, przypominanie o oddychaniu, głaskanie po głowie, ręce, daje niesamowite poczucie wsparcia. A kiedy już dziecko pojawia się na świecie, pojawia się to bezcenne uczucie, że dokonaliście wspólnie najcięższą pracę waszego życia, z cudownym finałem w postaci ukochanego dziecka.

Bardzo jestem ciekawa jak Wy zapatrujecie się na takie wspólne
z mężami/partnerami porody.
Jesteście za? A jeśli przeciwko, to dlaczego?