Trochę mnie tu nie było, potwierdzam. Ale wiem, że było mi to potrzebne. Pomimo tego, że blog nigdy nie był moją pracą na pełen etat i jedynym źródłem dochodu, czułam się nim zmęczona. Wiecznie myślenie o czym by napisać, co by mogło czytelników zainteresować, co będzie ładnie wyglądało na zdjęciach i czy wpadnie jakaś płatna kampania czy nie. Miałam dość. Czułam jak wyczerpuje mi się przyjemność z pisania. Odłożyłam więc komputer na bok i stwierdziłam, że czas na urlop. I z perspektywy dwóch miesięcy przerwy, doszłam do wniosku, że lepszej decyzji nie mogłam podjąć. 

Nie ma chyba niczego tak cudownego w trakcie roku, jak urlop. Ale nie taki, który spędzimy na innej pracy. Wtedy nawet nie wypada wypowiadać tego słowa na głos. Urlop to przecież czas cudownego i bezkarnego lenistwa. Czas zajadania się lodami bez wyrzutów sumienia (czas na dietę był przed okresem letnim, teraz trzeba już tylko korzystać z życia), spacery z dzieciakami do późnego popołudnia, wyjścia ze znajomymi na wieczorne piwko i oglądanie seriali do późnych godzin nocnych, bez wyrzutów sumienia, że rano trzeba wcześnie wstać do pracy. Nie wiem jak Was, ale mnie do tego wszystkiego dwa razy nie trzeba nakłaniać. Uwielbiam czas spędzać w domu. Tu czuję się swobodnie, w pełni zrelaksowana, więc kiedy tylko nastał pierwszy dzień mojego urlopu, stwierdziłam, że w końcu mam czas, na to, by móc nadrobić te dziedziny swojego życia, które trochę mi zaczęły kuleć. Na pierwszym miejscu mam na myśli oczywiście blogowe zaległości. A nazbierało się ich sporo. Miałam w planie kilka wpisów, które wymagały jedynie lekkiego doszlifowania, dopisania kilku zdań, w skrzynce mailowej miałam propozycje współpracy, na które nie odpowiedziałam, bo przez moje popołudniowe zmiany w pracy do późnych godzin, nie miałam kiedy. Wszystkie zaległości niebezpiecznie szybko się piętrzyły, a ja powoli nie byłam w stanie zauważyć czubka tej góry. Co więc zrobiłam? Usiadłam i klikałam. Uciekał dzień za dniem, który spędzałam od rana do wieczora przy komputerze. Moje dzieciaki nie miały ze mnie żadnego pożytku. Co chwilę podchodziły i mówiły, jak to nudzą się ze mną w domu. Widziałam ich szwendających się z kąta w kąt z tabletem czy moim telefonem, wiecznie grających w gry, czy oglądających filmiki na YT. I wtedy zrozumiałam, że to nie tak miały wyglądać te wakacje. Nie tak je sobie wyobrażałam. Coś tu było nie ten teges!

Chcesz dnia wolnego? To sobie go zrób!

Popatrzyłam na te moje dwa potworki, ich smutne buzie i doszłam do wniosku, że tak dalej nie mogą wyglądać nasze wakacje. Już przez to przechodziliśmy w zeszłym roku. Doskonale pamiętam, jak płakałam mojemu M. w ramię, że nie mogliśmy nigdzie pojechać i siedzieliśmy bezczynnie w domu. W kółko oglądałam tylko zdjęcia znajomych z wakacji pod palmami. Widziałam ich zadowolone, wypoczęte i uśmiechnięte buzie. W pewnym momencie nawet nie włączałam facebooka, by nie zadręczać się i potem nie ryczeć, że nam się nie udało. Za nic w świecie nie chciałam w ten sam sposób spędzać kolejnych wakacji. Nie po to brałam urlop, by przesiedzieć go w domu przez telewizorem. Natychmiast wzięłam komputer do ręki, odpaliłam wyszukiwarkę noclegów i po szybkich konsultacjach, co do miejsca wyjazdu, po dziesięciu minutach miałam już zarezerwowany dla naszej rodziny fajny weekend. My z M. kochamy morze, dlatego to właśnie tam najlepiej nam się odpoczywa. I wcale nie musi to być te Śródziemnomorskie ;) Nasz Bałtyk też jest niczego sobie.

Czy wakacje z dziećmi, to nadal wakacje?

Lekko nie jest, to powiem Wam od razu, ale zawsze przyznam, że to wbrew pozorom fajne wakacje. Na pewno nie można w tym czasie narzekać na nudę. No i można popłynąć sobie statkiem w rejs, pod pretekstem, że to dla dzieci. Można jeść lody z każdej napotkanej na spacerze budki, pod pretekstem większego wyboru smaków, niż w poprzedniej. Nie wspomnę o szaleństwach we wodzie! Bezkarne pluskanie, skakanie przez fale i nurkowanie po muszelki – takie atrakcje tylko z dziećmi. A to wszystko do momentu, kiedy nie zsinieją usta z zimna ;) O konkursie na największy zamek z piasku chyba wspominać nie muszę. Ciśnienie co prawda podnosi się zawsze w momencie wejścia pomiędzy kolorowe stragany, obwieszone od góry do dołu maskotkami, ale jeśli jesteś sprytny, to idzie ominąć jakoś te miejsca bez większego wybuchu płaczu. My dawaliśmy się zaciągnąć w czeluście takich wszystko posiadających namiotów, ale to raczej nasza dusza kopacza i poszukiwacza kazała nam wchodzić pomiędzy te duperelki, niż jęki naszych dzieci. Na szczęście namówili nas tylko na chińskie klocki lego i dwie maskotki, więc i tak, sumując ilość wejść pomiędzy te stragany, jesteśmy na plusie. No i w ogóle jest jakoś weselej. Wszystko cieszy podwójnie.

Cudowny czas tylko dla nas

Może i nasz wyjazd nie trwał długo, może nie mogę pochwalić się wyjazdem pod palmy i zdjęciami z drogimi drinkami nad basenem, ale przyznaję, że ta nasza forma odpoczynku zdecydowanie bardziej mi odpowiada. Metoda na zastaw się, a pokaż się, nie jest dla mnie. Moczyć nogi, to ja mogę w polskim morzu, a drinki pite z kokosa, to nie moje ulubione menu. Doceniam to, co mam i cieszę się z tego podwójnie, bo jeszcze niedawno w ogóle nie jechaliśmy na żadne wakacje.
Rano z M. wstawaliśmy przeważnie pierwsi, on robił kawę, a ja miałam swoje pięć minut w spokoju dla siebie. Wychodziliśmy sobie na balkon i patrzyliśmy na gnieżdżące się na sąsiednim dachu mewy. Oczywiście nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie dopisali im jakieś historii i tak nasza ptasia matka, była tą patologiczną, bo nie przynosiła jedzenia wiecznie piszczącemu dziecku, a i ojca nie widywaliśmy za często.
Kiedy nasi chłopcy wstali, jedliśmy wspólnie śniadanie. Plus naszego apartamentu był taki, że mieliśmy łazienkę i aneks kuchenny dla siebie, więc mogliśmy jeść to, na co i kiedy mieliśmy ochotę. W pogodę trafiliśmy idealnie, bo słoneczko świeciło nam przez cały czas pobytu. Plaża po śniadaniu była więc obowiązkiem! A tam zabawa, szaleństwa i kąpiele. Na obiady chodziliśmy „na miasto”. Raz była to restauracja z rybami, innym razem pierogi czy naleśniki, czasem zwykłe frytki amerykańskie, czy pizza. Folgowaliśmy sobie ile chcieliśmy. Popołudnia spędzaliśmy na spacerach po okolicy, przechadzkach po porcie, plaży czy szliśmy po prostu z chłopakami na plac zabaw. Siadaliśmy z M. na ławeczce, w słoneczku i w spokoju cieszyliśmy się chwilą. Zegarki dla nas stanęły w miejscu. I teraz rozumiem, dlaczego takie wyjazdy, choć małe, dają nam tak wiele. W życiu codziennym nie mamy za wiele czasu dla siebie, by ot tak, po prostu ze sobą być. Wiecznie się mijamy, albo każde z nas zajęte jest zupełnie czymś innym. Nie poświęcamy sobie tyle czasu, ile byśmy chcieli. A tutaj, mieliśmy siebie całą dobę. I to życie we czwórkę całkiem dobrze nam wychodziło. Nawet jęki i płacze Tomka nie powodowały takiego podniesienia ciśnienia co tu, w domu. W końcu każde z nas się zrelaksowało. Liczyła się tylko wzajemna obecność. Tego typu wyjazdy całą rodziną, coraz bardziej przekonują mnie, że kiedy już nadejdzie dzień, kiedy przeprowadzimy się do M3, życie naszej rodziny nie będzie takie złe.

No to wracam!

Niestety po każdych wakacjach nadchodzi czas, kiedy trzeba wrócić do rzeczywistości. Ale ten powrót nie jest bardzo straszny i nie boli tak bardzo. Teraz jestem wypoczęta, nabrałam więcej dystansu do wielu spraw i w głowie mam kilka pomysłów na siebie. Od zawsze marzyłam, by założyć własną firmę i móc promować swoje grafiki wśród innych. Może nie stanie się to jeszcze w tym roku, ale kto wie, co przyniesie kolejny. Póki co wciąż się szkolę, poprawiam, podglądam na tutorialach lepszych ode mnie, słucham szkoleń i prelekcji o samorozwoju, czytam książki i przede wszystkim optymistycznie patrzę w przyszłość.
Również na siebie, jako kobietę mam plan. Od zawsze chciałam móc zadbać tylko o siebie i teraz podejmuje ku temu kroki. Nie chcę być wpisana w stereotyp Matki Polki, która po porodzie to już tylko w dres wskakuje i kończy zdanie o siebie. O nie! Przyszedł w końcu czas, kiedy myślę o sobie, o tym, że mogę sama ze sobą czuć się dobrze. Nie porywam się na codzienne treningi – jeszcze nie. Wiem, że i na to przyjdzie czas, aczkolwiek póki co muszę popracować nad swoim samopoczuciem i samooceną, bo z tym mam największy problem.
Zdecydowanie zaniedbałam również Was, czytelników i obserwatorów tego bloga, za co powinnam zostać mocno ukarana. Ale sami wiecie co się działo i jak to się skończyło. Teraz wiem, że będzie lepiej. Mam wokół siebie wspaniałe osoby, które są dla mnie wsparciem nie tylko na polu prywatnym, ale i rozumieją moją pasję do blogowania i chętnie bezinteresownie wyciągają pomocną dłoń. W planie mam inwestycję w lepszy sprzęt do fotografowania – może nie od razu o wielkie zestawy aparatów chodzi, ale sądzę, że nie zaszkodzi kupić kilku obiektywów, które z pewnością poprawią jakość zdjęć. Codziennie wpadam na nowy pomysł, dlatego mój notatnik pęka ostatnio w szwach. Ale na razie nie zdradzę nic więcej!

Czego ja sama i wy możecie mi życzyć? Przede wszystkim wytrwałości w swoich postanowieniach. I cierpliwości. Wiem, że kiedy wrócę do pracy i moją głowę znów będą zaprzątać problemy trochę innego kalibru, czas dla bloga znów będzie ograniczony. Znów posty mogą pojawiać się rzadziej. Mogę mieć chwile zwątpienia i bezsilności. Chciałabym wtedy wrócić do tego wpisu i po jego ponownym przeczytaniu dodać sobie samej sił i pewności siebie. No to czas na wielki wdeeech i jazdę!