Jak pewnie mieliście okazję przeczytać, zdecydowałam się w końcu na pomoc dietetyka, jeśli chodzi o odchudzanie. Ile razy podchodziłam do stosowania różnych diet, wiem tylko ja. Cud dieta dr Dukana, którą męczyłam kilka dobrych miesięcy, wszelkie oczyszczacze warzywno-owocowe, które kończyły się niczym innym, jak bólem żołądka i osłabieniem organizmu, w planach miałam również przejście na post Dąbrowskiej. Niestety, jestem dość wybredna jeśli chodzi o warzywa i owoce. Bałam się, że będę skazana tylko na wodę, więc zdecydowałam się na coś, a właściwie na kogoś, kto będzie potrafił zebrać w jedną porządną dietę to, co lubię, co przyswajam, co toleruję i stworzyć z tego wszystkiego godne menu.

I to wszystko brzmi cudownie prawda? Teraz powinno się udać! Jednak czy nie jest tak w życiu, że kiedy już coś zaczniemy i wydaje nam się, że idzie nam przecudownie i nic już nie może zepsuć naszego perfekcyjnie opracowanego planu, życie rzuca nam pod nogi przeszkody? Owszem, nikt nie powiedział, że życie na diecie jest proste. Nie bez powodu mówi się, że dieta to tak naprawdę 70% sukcesu całego procesu odchudzania. Dlaczego nikt jednak nie powiedział że jest to TAK cholernie trudne?! Wszyscy tylko obiecują, jak cudownie będziemy się czuć, kiedy stracimy już te nasze kilkanaście kilogramów nadwagi. Jak bardzo będziemy podziwiane, przez całe otoczenie. I w ogóle będziemy podbijać świat, bo będziemy wyglądać jak super modelki z pierwszych stron gazet. I przecież będziesz jadła tylko to co lubisz, więc gdzie ten problem?

Bullshit!
Wiecie co? Odkryłam trzy (w zasadzie banalne) powody, przez które dieta wali nam się na łeb na szyję już w pierwszym dniu!

Numer jeden: nuda

Jak ja tej Baby nie cierpię! Zauważyłam, że w dniu, w którym mam zaplanowaną praktycznie każdą godzinę i nie mam czasu nawet myśleć o jedzeniu, nie mam najmniejszego problemu z trzymaniem się wytycznych dotyczących mojej diety. Chwila jednak, kiedy zostaję sama w domu i mam zrobione wszystko, co już wcześniej zaplanowałam jest tą najgorszą i najbardziej zgubną! Siadam na kanapie, włączyłam telewizję, odpalam ulubiony serial na Netflix i co? Coś by się podjadło! A tutaj nie można! Czy właśnie wtedy najbardziej nie chce wam się sięgnąć po tę czekoladkę, tego batonika, popcorn czy choćby niedojedzone płatki śniadaniowe?

Numer dwa: praca

Tym, czego zawsze najbardziej nie lubiłam w dietach, to przymus przygotowywania sobie posiłków na następny dzień do pracy. Jestem raczej z tych, które wolą uszykować sobie na szybko choćby zwykłą kanapkę z serem, włożyć ją do śniadaniówki, wpakować to małe pudełko do torebki i wyjść, niż stać pół popołudnia w kuchni przy garach i gotować sobie pięć boxów, które potem muszę zapakować do wielkiej torby i tachać ze sobą przez całe miasto. Tak wiem, możesz to po prostu nazywać lenistwem, ale w momencie, kiedy moja droga do pracy zajmuje mi prawie dwie godziny, to każdy dodatkowy kilogram, który noszę ze sobą w tej torbie, jest dla mnie wielkim obciążeniem. A nie daj Boże, muszę jeszcze odebrać chłopców z przedszkola czy szkoły, i do tej samej torby, co prawda już z pustymi boxami, ale jednak zajmujących wciąż tyle samo miejsca, wpakować swoje ubranie pracownicze, dwie bluzy chłopców, pluszaka, butelkę po piciu i pewnie jeszcze jakieś trzy czy cztery rysunki – bo wszystkie są tak samo ważne i trzeba je zabrać do domu akurat tego dnia – jeszcze bardziej odechciewa mi się nosić to wszystko ze sobą.

Numer trzy: brak wsparcia w najbliższym otoczeniu

W tym punkcie co prawda, nie mogę powiedzieć, że dotyczy bezpośrednio mnie, ponieważ wiem, że zarówno mój mąż, jak i moja mama, bardzo wspierają mnie w tym, co robię. Jak najbardziej szanują mój wybór. Jednak wiem, że wiele z nas tego wsparcia nie ma. Czasem naszym małżonkom wydaje się, że to, iż chcemy zgubić kilka kilogramów, które przybyły nam w ostatnich miesiącach, czy latach, to tylko wymysł naszej wyobraźni. Że jest to tylko chwilowy kaprys. Jedynym rozwiązaniem w tym przypadku jest szczera rozmowa. Usiądźcie ze swoim partnerem czy partnerką i daje im jasno do zrozumienia, jakie są wasze potrzeby i czego od nich oczekujecie w związku z waszą decyzją. Możecie mi wierzyć, że efekty takiej rozmowy odczujecie natychmiast. Sama postawiłam mojego M. przed faktem dokonanym. Przedyskutowałam z nim moje obawy oraz oczekiwania i tego jak ma się zachowywać i mi pomagać abym osiągnęła mój cel. Jestem mu wdzięczna za to, że powiedział: „dobra nie ma sprawy jedziemy z tym koksem.” Wiem, że wiele z nas boryka się z problemem nadwagi i nie potrafi sobie z nim poradzić sama.
Nie jestem żadnym ekspertem, nie mam zamiaru wymądrzać się jaka od teraz będę fit i czego to nie będę jeść, bo to nie jest prawda. Kocham słodycze, kocham jedzenie i uwielbiam leżeć na kanapie i zajadać chipsy oglądając seriale. Wręcz nie wyobrażam sobie bez tego swojego życia. Jednak zauważyłam, że straciłam nad tym kontrolę. Zaczęłam dostrzegać jak bardzo zaniedbałam siebie. I postanowiłam zmienić coś w swoim życiu. Ile razy pisałam i mówiłam na instastories czy pod zdjęciami na instagramie, że bycie matką nie oznacza, że mamy przestać dbać o siebie – wręcz przeciwnie. Zacznijmy patrzeć na siebie również jako kobiety. Nie jesteśmy tylko maszynami do sprzątania, gotowania i prania! Zróbmy coś dla samych siebie! Kobieto, jeśli masz ochotę wyjść i zrobić sobie ładny manicure – to idź! Jeżeli czujesz, że potrzebujesz wyjść z koleżanką na kawę – idź! Nie ograniczaj się! I nie słuchaj innych osób, które tylko będą cię dołować. Rób swoje! Nie pozwalaj wmawiać sobie, że to co robisz, nie ma najmniejszego sensu!
Jeżeli jesteście w podobnej sytuacji jak ja, że nie czujecie się ze sobą dobrze, nie akceptujecie siebie i macie siebie absolutnie dość – piszcie! Nawet nie jesteś sobie w stanie wyobrazić, jak wiele z nas czuje się w ten sam sposób. Zobaczycie, że każda z nas ma takie same potrzeby i pragnienia. Pomóżmy sobie wzajemnie, choćby dobrym słowem. Liczę na to, że moje wpisy, w których nie będę wam kolorować, jakie to diety są fantastyczne, pomogą wam i otworzą oczy na to, że wszystkie przechodzimy dokładnie przez to samo. Nie boję się otwarcie powiedzieć, że nienawidzę swojej diety. Już samo słowo dieta powoduje u mnie ciarki i czuję jak mnie ogranicza. Jednak staram się nie myśleć o niej, jako o czymś złym, tylko jako o kolejnej nauce, która ma spowodować polepszenie mojego stanu, w którym obecnie się znajduję. Trzymajcie proszę za mnie kciuki, bo nie mam zamiaru tym razem nawalić. Czuję, że to jest właśnie mój czas i właśnie tego potrzebuję, żeby w końcu czuć się dobrze i żeby tak na 100% rozprostować swoje skrzydła.
Po głowie chodzi mi stworzenie własnego oficjalnego hashtagu, pod którym będziecie mogły śledzić moje poczynania, jeśli chodzi o dietę i całe to moje nawrócenie na zdrowy tryb życia. Oczywiście będę wam zdawała na bieżąco relację na instastories, dlatego śledźcie mnie i dajcie znać jak wy zapatrujecie się na ten pomysł. Nie bójcie się napisać na priv czy maila, bo chciałabym zobaczyć ile z nas boryka się z tym samym problemem, jak wiele z nas zaczynało dietę i rzucało ją po dniu, dwóch, może tygodniu, tylko dlatego, bo nie przynosiła żadnych efektów albo powodowała u nas to, że na sam widok kostki czekolady dostawałyśmy ciarek i zamiast pozwolić sobie na malutką przyjemność, pożerałyśmy od razu całą tabliczkę.
Jeśli zaczynasz walkę tak, jak ja – trzymam za ciebie kciuki.
Powodzenia! Bądź silna i pokaż na co cię stać!