My, kobiety, to mamy przekichane! Okresy, nie okresy, wychowywanie dzieci, porządki, gotowanie, sprzątanie i zakupy. Normalnie idzie zwariować! Która z nas nie potrzebuje od czasu do czasu wyjść z domu i zwyczajnie ochłonąć? Ręka w górę! Tak myślałam. Przyznam się, że należę do osób, które bardzo łatwo się denerwują, i kiedy tylko coś nie idzie po mojej myśli, mam ochotę rzucić wszystko, obrazić się i więcej nie podejmować się wykonania zadania. Niczego bardziej nie potrzebuję wtedy, niż możliwości rozładowania złości. Całe szczęście, że znalazłam takie miejsce, całkiem blisko swojej pracy – mowa oczywiście o siłowni.

Los bywa przewrotny

W życiu nie myślałam, że kiedykolwiek moja stopa stanie na siłowni. To miejsce kojarzyło mi się tylko i wyłącznie z osiłkami, którzy mają więcej mięśni niż rozumu. Nigdy też nie należałam do osób, które sport uważały za swoje powołanie życiowe. Nie pasjonowałam się wielce żadną dyscypliną. W koszykówkę grałam dla zabicia czasu i za namową koleżanek. W momencie, kiedy poszłam na studia i lekcje wychowania fizycznego się skończyły (bo aerobiku, który zaliczyłam poprzez obecność na nim raz w miesiącu, nigdy nie wliczałam w jakąkolwiek formę ruchu), zapomniałam, jak ważny jest sport i jaką ulgę potrafi przynieść dodatkowe zmęczenie. Nie powiem, że po tylu latach posuchy, nagle stałam się wielką pasjonatką sportu, ale zauważyłam i zrozumiałam, jak wiele mogę zyskać poprzez regularne ćwiczenia.

Moje Szczęśliwe Miejsce

Przemogłam się i pewnego dnia postanowiłam pójść poćwiczyć. Znów, za namową koleżanki. Przygoda z siłownią trwa u mnie już półtora roku. Co zmieniło się od tego momentu? Mogę z ręką na sercu powiedzieć, że bardzo dużo. Nie mówię tu o zmianach fizycznych, choć i takie zaobserwowałam, ale zdecydowanie bardziej wolę zmiany, które zaszły w głowie. Jeszcze pół roku temu byłam absolutnym kłębkiem nerwów. Wiele spraw, choćby w pracy, miało na mnie zły wpływ. Stres przynosiłam do domu, a to, jak łatwo się domyślić, odbijało się na moich relacjach z M., dzieciakami czy mamą. Dość miałam wiecznych kłótni o moje humory. Postanowiłam więc poszukać jakiegoś lekarstwa na to. Regularne ćwiczenia na siłowni okazały się tu zbawienne. Nie dość, że mam czas, by wyjść samotnie, bez dzieci (każda matka wie, jakie to wspaniałe uczucie, móc choć na godzinę pobyć sama ze sobą) i pozbyć się negatywnych emocji, to jeszcze robię coś, co powoduje poprawę relacji w domu.

Teraz we dwoje chodzimy z M. na siłownię. Nie było mi łatwo wyciągnąć go z wygodnego mieszkania. W końcu co może być przyjemniejszego, niż po ciężkim tygodniu, poleżeć trochę na domowej kanapie, prawda? Z ręką na sercu przyznaję, że największą aktywnością w pewnym momencie był spacer wokół osiedla z psem i dojście na przystanek tramwajowy. Przetłumaczenie i wyliczanie plusów aktywności fizycznej trochę mi zajęło, ale po roku namawiania, w końcu mi się udało. I oboje tego nie żałujemy. Zawsze narzekaliśmy, że spędzamy ze sobą za mało czasu – teraz już nie ma o tym mowy! W końcu możemy wyjść na siłownię razem. Możemy wzajemnie się motywować i wspierać. No i pobyć tylko we dwoje.

Dlatego też, kiedy tylko przeczytałam o konkursie, który organizuje Victoria Cymes, nie wahałam się ani chwili i natychmiast zgłosiłam swoją siłownię, jako miejsce, godne polecenia i warte zapisania na MAPIE SZCZĘŚCIA.

Co tydzień, do wygrania są świetne nagrody!
A co lepsze, nagrody otrzymacie nie tylko Wy, ale także zgłoszone przez Was miejsce! Cymes obdarzy je lodówką pełną świeżych soków!!!

Walczycie ze mną?
Zdradźcie mi proszę swoje Szczęśliwe Miejsca?