Kiedy byłam mała, co roku jeździłam z rodzicami na wakacje nad morze. Takie dwutygodniowe. Co prawda pod namiot, a nie do jakiegoś luksusowego hotelu, ale w tym czasie to nie miało dla mnie żadnego znaczenia, bo przecież innych opcji noclegu nie znałam. W sumie to bardzo mi się to podobało. Stając się rodzicem zrozumiałam, że to wszystko było po to, by móc wydać niewiele, a jednak na tych wakacjach nad morzem być. W pewnym momencie swojego życia powiedziałam sobie, że ja ze swoimi dziećmi, to na bank będę jeździła za granicę. Będziemy lecieć samolotem, podziwiać z góry cudowne widoki, a na miejscu razem z mężem będę raczyć się na luksusowych leżakach nad basenem, słodkimi drinkami. Wiecie co pokazało mi życie? Że wcale tego wszystkiego nie potrzebuję!

Wakacje za granicą to priorytet! Koniec, kropka.

Kiedy pierwszy raz poleciałam za granicę na typowe wakacje, byłam na samym początku ciąży z Tobiaszem. Bardzo podobała mi się opcja nocowania w ładnym hotelu, fajnie było nie musieć gotować jakiegokolwiek posiłku. Wystarczyło zejść na dół do jadalni i nałożyć sobie to, na co miałam ochotę. Dostęp do kuchni z całego świata nie ułatwiał co prawda wyboru, ale dzięki temu mogłam codziennie jeść coś nowego. W domu żadne z nas nie gotowało takich potraw, więc korzystaliśmy ile się dało. O basenie tuż pod nosem nie wspomnę. Wszystko to okraszone promieniami słonecznymi i egzotycznymi widokami. Po prostu bajka! Powiedziałam sobie wtedy, że będę robiła wszystko, by moje dziecko mogło na takie wakacje pojechać. I to nie raz, a co roku! Nie ma opcji, bym za te same pieniądze siedziała w Polsce, gdzie pogoda w lecie jest absolutnie nieprzewidywalna, kiedy mogę raczyć się takimi luksusami.

Czy rzeczywiście potrzebowałam tych luksusów?

Wszystko zmieniło się, kiedy wyjechaliśmy całą rodziną na nasze pierwsze wakacje. To było krótko przed roczkiem Tomka. Nie stać nas było na wymarzone egzotyczne wycieczki, więc pojechaliśmy nad nasze polskie morze – do Międzyzdrojów. Nie był to długi wypad. Zaledwie pięć dni. Dla nas jednak, to były wakacje życia! Będąc na miejscu, w tej niewielkiej nadmorskiej miejscowości, jakby z oczu spadły mi klapki. Moje dzieci świetnie się tam bawiły. Nie prosiły o lot samolotem, nie potrzebowały złotych piasków Bułgarii, nie musiały moczyć stópek w zielonych wodach rodem z Bali. One były zachwycone naszym morzem. Pisków i krzyków radości podczas zabawy nie było końca. Dla chłopców liczyło się to, że mama z tatą zbudują z nimi zamek z piasku, że skaczemy wspólnie przez fale.

I w tym roku to uczucie zadowolenia i spełnienia, chociaż tego małego marzenia dziecięcego o wspólnie spędzonym z rodzicami czasie do mnie powróciło. Wyjechaliśmy nad morze z głównym zamiarem zrobienia ciążowej sesji zdjęciowej. Szybki wypad, nic wielkiego. I w dniu, kiedy wyszli pierwszy raz w te wakacje na plażę, ponownie dotarło do mnie, że nie liczy się to gdzie jesteśmy, a z kim. Jeszcze jakiś czas temu marudziłam mojemu M., że wszyscy dokoła jeżdżą za granicę, mają takie super wycieczki, ekstra zdjęcia itp., a my siedzimy w domu i nie staramy się nawet, by gdziekolwiek wyjechać, że zawsze tylko to polskie morze… Ale przechadzając się po plaży, w bluzie od dresu mojego męża (bo jego zawsze cieplejsze, rozumiecie?), dotarło do mnie, że ja wcale tego nie potrzebuję. Widziałam przed sobą biegających, absolutnie szczęśliwych dwóch chłopców, którym nie przeszkadzało ani trochę to, że woda w Bałtyku jest zimna jak lód. Śmiali się, skakali przez fale przy brzegu, rzucali się piachem i szukali dla babci muszelek. Oni tu mieli swoje egzotyczne wakacje.

Ciesz się z tego, co masz!

Owszem świetnie byłoby móc pojechać gdzieś, gdzie miałabym zagwarantowaną słoneczną pogodę i jedyne o co bym musiała się martwić, to to, czy mam odpowiednią ilość letnich sukienek i czy nie spalę sobie za bardzo pleców na słońcu. Ale oni tego ode mnie nie wymagali. Pokazali mi po raz kolejny, że nawet takie niskobudżetowe wakacje są dla nich czymś fajnym. Może i nie kąpali się w morzu z powodu niskiej temperatury, ale w hotelu był wielki basen, który im to wynagrodził. Nie wiedziałam, że tyle szczęścia przynosi skakanie na tzw. bombę. Gra w wodną siatkówkę również pełna była emocji. Nie jedli też egzotycznych potraw, tylko chodziliśmy na frytki z budki i domowe obiady do „Jadłodajni u Anny”. Ale wszystko smakowało jak milion dolarów. Nie wspomnę o najlepszych lodach-świderkach ever! Kto ich nie lubi, prawda?
Więc jeśli jesteś rodzicem, który teraz pluje sobie w brodę, jak ja jeszcze kilka lat temu, że nie stać go na zabranie swojej rodziny na zagraniczne wakacje nad morze Śródziemne, to przestań. Nie patrz na innych. Dostrzeż radość nawet w najprostszych dla ciebie sytuacjach. Jeśli Twoje dzieci są szczęśliwe – i Ty bądź. Nie katuj się zdjęciami z Instagrama i nie wzdychaj do widoków. Zastanów się, ile możesz zrobić, by móc uszczęśliwić swoje dzieci. Rusz głową, wstań z kanapy i działaj, a potem popatrz na te brudne i uśmiechnięte twarze swoich pociech i przyznaj, że było warto.